- Nie bój się. Możemy się nim podzielić. - momentalnie zmieniłem ton i z groźnego szaleńca przeistoczyłem się w dobrego i pomocnego aniołka. Lis zaczął dyszeć z ulgą.
- Chodź, zapraszam cię do siebie. Mieszkam tu niedaleko. Lubisz zająca w ziołach? A może bez przypraw? Surowy czy pieczony? - zacząłem zasypywać go pytaniami, by jak najbardziej się do mnie przekonał. - Nie czekajmy. - dodałem, podniosłem trupka i zacząłem zmierzać ku norze. Po kilku krokach przystanąłem.
- No idziesz czy nie?
Lis szybko mnie dogonił i od tej chwili szliśmy łeb w łeb.
W norze położyłem zająca na małym okrągłym stoliku.
- Czuj się jak u siebie.
- Tak właściwie... to jestem Norris. - Przedstawił się niepewnie, a ja uśmiechnąłem się złowieszczo.
- Napijesz się czegoś? Mam świeże mleko.
- Chętnie. - odrzekł i zasiadł na moim legowisku. - Bardzo tu u ciebie miło.
- Dzięki. - odparłem krótko i poszedłem do pomieszczenia znajdującego się nieco wyżej, niż to, w którym aktualnie przebywaliśmy. Nalałem do półmiska mleka i podałem gościowi. Sobie również naszykowałem podobną porcję, jednak dosypałem do niej sproszkowanego zioła odpowiedzialnego za paraliż. Dlaczego naszykowałem dla siebie truciznę? Bo doskonale znam lisy. Są przebiegłe i nieufne. Wiedziałem, ze gdy tylko się odwrócę, mój gość podmieni miski. Sam nawet gdybym ją wypił, nic by mi nie było, bo jestem na nie odporny. Jak się okazało po chwili - nie myliłem się. Udałem, że wychodzę po zioła, a gdy wróciłem lis leżał już bezwładnie. Napiłem się mleka z miski, która nadal stała na stoliku. Lis patrzył na mnie tępym wzrokiem.
- Co się stało? Nie smakuje ci mleczko? Lisku? Norris? Norciu? O nie! Czyżbyś podmienił porcje? Nie ufasz mi? Ojejejej... Brzydko. Bardzo brzydko...
Podniosłem go i zaniosłem na górę. Do pomieszczenia z truciznami i przyrządami do tortur. Położyłem go na masywnym stole. O dużym blacie.
- Co by tu... O! Już wiem! Najpierw o... Nie, nie, nie... Oczy nie. Oczy na koniec, żebyś mógł patrzeć.
Ostrożnie podniosłem nożyce z blatu pod ścianą.
- Ładny ogon. Kita. Powieszę nad łóżkiem.
Wielkie łzy wypłynęły z jego oczu. Ale milczał. Nieobecnie patrzył w nicość.
- Tak. To już mamy z głowy. Teraz przejdźmy do... Łapki? Nie. Nic ciekawego. Po prostu... AHA! no tak. hehe
Małym, ostrym skalpelem rozciąłem brzuch przez całą długość. Starałem się nacinać jedynie skórę. Nie chciałem, broń Boże, uszkodzić trzewi. Teraz wzdłuż łap - od wewnętrznej strony. Lśniące futerko gładko odchodziło od mięśni i ścięgien. Jeszcze tylko łebek. O! Już. Cała skórka. Teraz tylko ją wyprawić i będzie jak znalazł na legowisko.
- Śliczne, prawda? - pokazałem futro lisowi, ale on już nie żył.
wysłane 27.07 (błąd poczty)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Dodaj komentarz - odciśnij swoją łapkę!