środa, 23 lipca 2014

Verona do Skazy

Już trochę ochłonęłam po śmierci rodziców. Z całego serca nienawidziłam mojego brata, Willa. Chciałam się na nim zemścić, ale za bardzo się go bałam.
Po długiej wędrówce postanowiłam , że zrobię postój. Dopiero po chwili zauważyłam, że ktoś mi się przygląda.
- Co tu robisz? - spytał prawie z groźbą.
- Czy ten las należy do ciebie? - spojrzałam na niego ze spokojem. Śmieszyło mnie to, że drobnej postury, niewysoki basior o czerwonych ślepiach próbował mi grozić. Gdybym się wyprostowała, trochę bym go przewyższała.
- No, w pewnym sensie... Tu osiedla się moja wataha, wiesz? - uśmiechnął się z satysfakcją.
Zastrzygłam znaczączo uchem i posmutniałam. Uszy mi oklapły, a moje oczy zapewne przygasły. Przypomnieli mi się rodzice...
- Jeśli chcesz to możesz dołączyć - ciągnął dalej. - Jeżeli jednak masz jakieś moce... Stracisz je. Będziesz musiała zacząć... właściwie od zera.
- Mówisz serio? - spytałam.
Basior przyjrzał mi się uważnie.
- Tak, to dołączasz?
- Mhm. - mruknęłam zadowolona.
- Teraz jestem zajęty; idź dalej prosto, tam powinnaś spotkaś kogoś, kto cię oprowadzi... Ah; Raimo jestem. - opowiadał.
- Verona. - zamerdałam ogonem.
Raimo powoli odchodził, a ja za jego wskazówkami szłm prosto. Dotarłam do wydeptanej przez wilcze łapy polany. Nikogo niestety nie było. Podeszłam do dużego dębu i ułożyłam się w jego cieniu. Zamknęlam oczy i delektowałam się przyjemnym, chłodnym powietrzem. Nagle usłyszałam coś, co nie pozwoliło mi dalej odpoczywać. Na polanę wszedł pijanym krokiem wilk. Przez chwilę podziwiałam jego ciemne, aksamitne futro. W chwili gdy mnie zauważył głośniej zaczął śpiewać swą pieśń:
"Kiedy kot przeebieegnie drogę, nie móóów wtedy, żeee to peeech. Wyrwij kotu jedną nogę, żeby zdechł, żeby zdechł, ŻEBY ZDECHŁ!!!"
Skrzywiłam się jakbym zjadła całą cytrynę.
- Witaj kochana! - zaćwiergotał przysuwając się domnie.
Obserwowałam go i jakoś jego zachowanie wydało mi się co najmniej dziwne. Basior wyglądał na inteligentnego eleganta, raczej podstępnego łotra niż słodkiego, grzecznego wilczka.
- Jak ci dzień przemija? - mówił bardzo wysokim tonem.
Nie doczekał się odpowiedzi. Niespodziewanie wybuchnął histerycznym śmiechem i przyturlał mi się do łap.
- Widzę, że nieśmiała jesteś. Buahahaha.... Lubię takie - wyszczerzył się do mnie.
Nadal milczałam podnosząc się powoli. On szybciej wstał pokazując mi zapewne swe rozmiary. Wyprostowałam się i niemal dorównywałam mu wzrostem.
- Oooo... Widać, że jesteśmy dla siebie stworzeni. - puścił mi oko i jeszcze bardziej się do mnie przysunął, Brakowało kilku centymetrów, abyśmy się stynkęli nosami
- Mógłbyś się... ogarnąć? - odsuwałam się, ukazując kły.
- I jeszcze taka waleczna...

<Skaza?>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dodaj komentarz - odciśnij swoją łapkę!