czwartek, 31 lipca 2014

Skaza de Noir - Wielkie Polowanie - Czarny Kotek

Mam upolować kota. Aha. Do tej pory stopień trudności był co raz wyższy. Bażant, zając, lis, sarna, jeleń i... kot? Co następne? Mysz? Mrówka? Nie ważne. Ma być czarny kotek, będzie czarny kotek. Bez świadomości tego, co mnie czek rozpocząłem poszukiwania. Właściwie do tej pory ani razu nie spotkałem żadnego kota w Szmaragdowym Lesie, ale cóż. Może Miałem pecha...? Najbardziej do owych istot pasował mi Las Gaudi. Tam też się udałem i nie myliłem się. Na początku spotkałem białego w rude plamy potem burego. Dopiero za trzecim razem na drodze stanął mi czarny kocur. Szczupły i nad wyraz kościsty, o długich, silnych łapach i puszystym ogonie. Gdy mnie zobaczył wcale się nie wystraszył tak jak pozostałe. Stał spokojnie i wpatrywał się we mnie swymi mądrymi oczami. Podszedłem powolnym krokiem, nie okazując swych niecnych zamiarów. Gdy byłem już bardzo blisko, powoli schyliłem łeb. Na początku go obwąchałem, a po chwili szybko kłapnąłem pyskiem. Poczułem ból zębów. Kocur rozpłynął się w powietrzu. Ulotnił niczym kamfora. Szybko rozejrzałem się dookoła siebie. Ani śladu. Wzrosło mi ciśnienie. A więc to tu był kruczek. W takim razie już ni śmieszy mnie pytanie: co będzie następne. Może smok? Ugh... Musiałem szybko wymyślić sposób złapania cwaniaczka. W końcu zależało mi na tym. Po chwili zza drzewa po lewo, parę metrów przede mną pojawił się. Już chciałem się na niego rzucić, lecz gdy tylko mrugnąłem oczami, on ponownie zniknął. Nie mogłem wierzyć własnym zmysłom... Znów się pojawił. Tym razem bliżej i po prawej stronie. Odwróciłem się i zacząłem uciekać skąd przyszedłem. Miałem już plan.
Parę minut później wróciłem na miejsce zdarzenia pod postacią myszy. Może to i szalony pomysł, ale jedyny z przychodzących mi do głowy. W końcu jak nazwać to dziwne kocie stworzenie? Nie mógł być do końca zjawą, bo przecież go obwąchiwałem i czułem jego zapach.
Coś niespodziewanie przygniotło mnie do ziemi. Oczywiście on. Czarny kotek. A więc jednak ma namacalne ciało. Na szczęście nie zabił mnie łapą, a gdy byłem już w pysku, przeistoczyłem się w żółwia. Potężnego, wielkiego gada w twardej niczym kamień skorupie. Rozerwałem jego szczęki. Odgłos przypominający łamanie drewna mówił o tym wyraźnie. Czy coś jeszcze zaskoczy Skazę de Noir? - pomyślałem stając dumnie.

(Opowiadanie wysłane 30.07 :))

środa, 30 lipca 2014

Od Verony - Wielkie Polowanie - dzik

Verona stała przed ogłoszeniem ze zwierzętami do upolowania. Jak do cholery ma zabić DZIKA!? Owszem, jak na waderę jest dość wyrośnięta... Ale jak ma zabić DZIKA!? Długo rozmyślając postanowiła...
Przez pół dnia szukała dzika. Zmęczona już miała zrezygnować, ale jej oczom ukazała się pokaźnych rozmiarów locha. Żerując na wrzosowisku zauważyła w końcu Veronę. Rzuciła niespokojne spojrzenie na rosnące nieopodal krzaki i ruszyła w jej stronę. Ver zaczęła uciekać, ale dzik prędko ją dogonił. Dźgnął ją kłami w żebra, a wadera przerażona uciekła. Jej żebra mocno krwawiły. Zniechęcona zmierzała w stronę swojej jaskini. W połowie drogi zmieniła zdanie i zawróciła. Nie po to zmarnowała pół dnia, by teraz zrezygnować. Pogalopowała do wrzosowiska. Lochy nie było... Powolutku podreptała w krzaki, gdzie były prawdopodobnie małe. Wetknęła w nie głowę i chwyciła w zęby pierwszego lepszego dzika. I wtedy zobaczyła lochę. Wściekła zaczęła gonić Veronę , a ta uciekała. Wadera zmierzała w stronę pułapki. Zwolniła by dzik ją dogonił i biegła dalej. Dotarła do rzeki i pobiegła w prawo. Dzik nie zdążył wyhamować i wpadł do wody. Przez chwilę walczył z prądem, a Ver rzuciła małego by zaatakować zwierzę. Rzuciła się do wody i walczyła z dzikiem. Po chwili wilczyca wyciągała martwe ciało z wody.

Od Verony - Wielkie Polowanie - Jeleń

Wadera była nad rzeką. Czuła czyjąś obecność. Podejrzewała iż to może być jeleń. Zadowolona obmyślała jak zabić ofiarę. Zaatakować, utopić, wymęczyć??? Jeszcze nigdy nie topiła żadnego zwierzęcia... Warto spróbować. Powoli wycofała się w gęstwinę lasu. Wyraźnie wyczuwała obecność zwierzęcia. Odwróciła się i ujrzała go. Wielki, potężny zwierz spoglądał na nią swoimi ciemnymi oczami. Verona warknęła i rzuciła się w pogoń za jeleniem. Biegła tak aż zabrakło jej tchu. Nie poddawała się jednak i dalej ścigała swój cel. Zagoniła go do miejsca, gdzie łatwo mógł zaplątać swe poroże. I tak się stało. Przez chwilę szarpał się wściekle, a gdy wadera zbliżyła się do niego usiłował ją odpędzić. Wierzgnął dziko, wyplątał się i pędził w stronę rzeki. Aby zwierzyna upewniła się, że nikt za nią nie biegnie Ver zwolniła i zdyszana potruchtała za nim. Na skróty pobiegła do drzewa rosnącego przy brzegu rzeki. Wskoczyła na nie i czekała cierpliwie. Po chwili pojawił się jeleń. W cieniu drzewa schylił głowę i.... Wadera spadła na niego i jak najdłużej pilnowała, by głowa jelenia nie wynurzyła się. Zwierzę dwa razy większe od niej samej walczyło zaciekle. Po krótkim czasie jeleń przestał oddychać. Mokra Verona wyszła z wody i otrzepała się. Zdyszana delektowała się mięsem zwierzęcia, a gdy już nie mogła zjeść więcej schowała poszczególne pyszności w torbie, którą zabrała i "poczęstowała się" porożem.

Chapter Additen - Wielkie polowanie - zając

Nie ma nic smaczniejszego niż królicze mięso, a jeszcze lepsze jest pieczone królicze mięso. Ślinka cieknie, palce lizać. Z takim nastawieniem obudziłam się dzisiaj rano. Wybiegłam z jaskini i skierowałam się w stronę górskich łąk, w celu znalezienia mojej zdobyczy. Ledwo się zbliżyłam, a przede mną przebiegł dorodny zając. ,,Idealnie’’ – pomyślałam. Ustawiłam się w odpowiednim miejscu i wyczekiwałam na szaraczki. Jakieś dziesięć metrów przede mną nagle wyłoniły się zajęcze uszy. Zerwałam się i pobiegłam do ofiary. Już miałam go złapać kiedy nagle mignęło mi przed oczami rude futro. Pobiegłam dalej i odwróciłam się, akurat żeby zobaczyć jak moje śniadanie znika wraz z lisem… ,,Cóż był szybszy’’ – pomyślałam i wróciłam na pozycję. Niedługo później kolejny szaraczek około pięćdziesiąt metrów ode mnie. Powoli ruszyłam skradając się wśród wysokiej trawy. Nie przeszłam nawet dwudziestu metrów jak wyskoczył lis i porwał go. Lekko zdenerwowana wróciłam, klapnęłam na ziemię i czuwałam. Tym razem wyszukiwałam nie tylko zająców. Szukałam też JEGO. Nie minęło więcej niż godzinę, jak się pojawił. Machał kitą na prawo i lewo. Przyczaił się niedaleko zajęczej nory. Zaczęłam sunąć w jego stronę. Krok za krokiew zbliżałam się do rudzielca. Położyłam się dziesięć metrów za nim w wysokiej trawie. Obserwowałam norę i lisa. Pojawiły się uszy. Rudy drgnął. Podniósł się w tym samym momencie co ja. Wystrzeliliśmy do przodu. Byłam szybsza. Złapałam szaraka za gardło i skoczyłam na rudego. Lis był oszołomiony. Z zającem w pysku warczałam na niego przyduszając go do ziemi. Szarak się wyrywał więc zmiażdżyłam mu krtań i odrzuciłam na bok. ,,Na Ciebie czas przyjdzie jutro’’ – pomyślałam i puściłam go wolno.

Od Vivien do Fallen Angel

Szłam wzdłuż rzeki. Obserwując wodę wypatrywałam wodników lub złotych rybek. Nagle dobiłam do kogoś.
- Sorry... - mruknął.
- Co? Och, zamyśliłam się, przepraszam... - spojrzałam przed siebie.
Dobiłam do ciemnego wilka ze skrzydłami.
- Vivien jestem... - powiedziałam wpatrując się w wodę.
- Fallen Angel. - uśmiechnął się i wskazał na moją łapę. - Co ci...
- Och, wyjęłam chip... - również się jej zaczęłam przyglądać. - Wiesz, że mogą cię porwać ludki?
- Co? - zmarszczył brwi.
- Ludki, ptasiopodobne istoty, które żywią się skrzydlatymi wilkami.
- Aha...

<Fallen?>

Camille - Wielkie Polowanie - Lis

Camille rankiem zajrzała do swojej skrytki, w której trzymała pożywienie. Ku jej zdziwieniu leżał w niej jedyny kawałek zająca. Bez dłuższych namyśleń wyszła z jaskini zrobić zapasy jedzenia. Po niedawnym deszczu polana zwracała swoją uwagę wielką ilością kałuż i wilgoci. Wadera rozglądała się za celem polowania. Niestety rozproszył ją hałaśliwy dźwięk, pochodzący od ptaków.
- Prawdopodobnie zalało im gniazda... - pomyślała wzdychając.
Wilczyca skryła w swoim futrze uszy, niestety to dużo nie pomogło. Na ptaki nie miała ochoty polować i męczyć się z jakimiś piórami. Wolała świeżutkie krwiste mięso. Na samą tą myśl oblizywała pysk. No jaki wilk może woleć pysznego czworonoga, od jakiegoś ptaka? Oczywiście, można zdecydować się na taką opcje, jeśli nie ma nic innego do zdobycia. Po chwili Camille warknęła bardzo głośno, co pomogło odstraszyć kilka hałaśliwych ptaszyn. Waderze trochę ulżyło i pomogło dalej skoncentrować się na szukaniu jej śniadania. Nagle zauważyła zwierzynę koloru rudego, z długim puszystym ogonem oraz wydłużonym pyskiem. Krótko mówiąc spostrzegła lisa. Jego łapy były całe pobrudzone błotem. Lisowi nie musiało być wygodnie chodzić po takim przestrzennym polu. Wilczyca powoli zaczęła zbliżać się do wyznaczonego celu. Okazało się, że zwierzę było uwięzione w korzeniach drzewa. Łapa obiektu wyglądała na złamaną. Jednak zamiast stać bezużytecznie, złapałam rudzielca za kark i zacisnęłam jak najmocniej, następnie szybkim krokiem wróciłam do jaskini. Połowę zdobyczy zjadła, a połowę schowała do swojej spiżarni. Po posiłku zdecydowała się na przedpołudniową drzemkę.

Od Chapter Additen - Wielkie polowanie - bażant

Chap leżała wśród polnych traw już od kilku godzin. Uważnie przypatrywała się stadzie bażantów, grzebiących przy krzakach. Wybierała sobie okaz, który miał jej dzisiaj służyć jako kolacja. Padło na młodego koguta, który co chwilę oddalał się od grupy. Zaczęła powoli przybliżać się do niego okrężnym ruchem, kierując się pod wiatr, aby ptaki jej nie wyczuły. Młody samiec coraz bardziej się oddalał w poszukiwaniu jedzenia. Chapadd natomiast zbliżała się do niego coraz szybciej i zwinniej. Kiedy była w odległości dwóch skoków usłyszała wrzask. Została spostrzeżona przez przewodnika stada. Wszystkie ptaki zaczęły uciekać. Część z nich odleciała w gęste zarośla. Wilczyca rzuciła się za nimi w pogoń. Młody samiec, którego sobie upatrzyła gdzieś zniknął. Teraz jej celem stały się ptaki pozostałe na ziemi. Pobiegła za dorodnym kogutem. Zbliżała się do niego wielkimi susami. Ptak co chwilę zmieniał kierunek biegu, wykonując gwałtowne zwroty. Wilczyca robiła to samo, doganiając koguta w błyskawicznym tempie. Zwierzę powoli opadało z sił, co chwilę trzepocąc skrzydłami i odlatując na parę metrów. Chapter utkwiła w nim wzrok i nie odrywała ani na chwilę. Przewodziła jej w tej chwili tylko jedna myśl, dogonić, złapać, zabić, zjeść. Kiedy zaczęła powoli zwalniać, ptak przyspieszał. Wilczyca nie mogła na to patrzeć. Zebrała resztkę sił i skoczyła na ptaka. Złapała go za kark i przygwoździła do ziemi. Zaczęła go dusić. Ptak mocno się wyrywał i wierzgał nogami, jednak z sekundy na sekundę coraz słabiej. Chap zacisnęła szczęki… usłyszała tylko trzask, poczuła metaliczny smak krwi w pysku i ptak przestał się ruszać. Wilczyca podniosła się i zabrała swoją zdobycz nad brzeg lasu, gdzie miała zamiar ją zjeść.

Od Chapter Additen

Biegnie wilk przez las i co robi? Wpada we wnyki... To u mnie normalne. Pech za pechem, ale tym razem to już chyba na dobre. Wokół mnie coraz więcej krwi i powoli zaczynam się dusić. Wnyki nie puszczają i coraz ciaśniej zaciskają mi się na krtani. Pojawiają się mroczki... odpływam...
Zrywam się ze snu i nie jestem w stanie nic zrobić. Znowu ten sam koszmar. Powtórka sprzed ponad roku, a wszystko zaczęło się jeszcze zanim przyszłam na świat...
Moja mama, trzyletnia wilczyca po uszy zakochana w samcu beta z wrogiej watahy. Co robi? Zachodzi z nim ciążę. Co robi para alfa z jej watahy? Wyrzuca ją... Świetnie, po prostu świetnie. Na szczęście mój ojciec był porządny i przekonał swoich aby nas (to znaczy jeszcze samą mamę) przyjęli do watahy. Krótko po tym urodziłam się ja, mała czarno-szara wilczyca z irokezem większym od niej samej. Pierwsza reakcja rodziców? To nie moje! Niestety mama nie mogła tak powiedzieć... nie wytrwała tak długo i pobiegła do krainy wiecznych łowów. Jedyne co mi pozostało to ojciec, który jest zajęty własnymi obowiązkami... No nie ważne, wracając do momentu narodzenia. Lekarz stwierdził, że będzie (JA!) chłopiec i to cakiem spory. Rodzice się cieszyli, bo chcieli mieć basiora. Miałam się nazywać Chester (ulubione imię mamy) Addittor (ojciec tak wymyślił). Chester Additto, ładnie prawda? Ale przypomnę urodziła się wilczyca i trzebabyło troszeczkę pozmieniać i w ten oto sposób jestem ja Chapter Additen, zwana Chap, Add, Chapadd i oczywiście Chester, Czesiu. To się nazywa dobry start w przyszłość. Byłam wychowywana przez opiekunkę szczeniąt praktycznie cały czas, inne szczeniaki nie chciały się ze mną bawić bo uważały mnie za szaloną i walniętą... a i oczywiście wyglądałam jak samiec i bali się mnie. Będąc małą nie przejmowałam się tym, ale gdy skończyłam rok zaczęły się do mnie zalecać wilczyce z innych watach, tego było już za wiele. Robiłam wszystko żeby wyglądać jak dziewczyna, ale efekt był odwrotny. Takie życie... i jeszcze ten ciągły pech. I tak właśnie dotarliśmy do wnyk. W jaki sposób?
Pierwsza lekcja polowania. Ja i inne wilki w moim wieku wyruszamy do lasu na polowanie. Wszyscy ładnie przechodzą przez gąszcze, a co robi Add? Przewraca się na pysk i wpada prostu w pułapkę... Woła o pomoc, ale wszyscy stwierdzają, że nawet jak uda się ją uwolnić to i tak zginie... I zostawili mnie samą sobie. W sumie mogłam się tego domyślić. Nikt mnie nie lubił przez ten związek mamy i taty. Jakimś cudem udało mi się uwolnić i wyruszyłam w świat w poszukiwaniu nowej watahy, która by mnie przyjęła. Poszukiwania te trwały około rok. Kiedy w końcu dotarłam na terany tej oto watahy miałam już dwa lata i spore doświadczenie. Czy to mnie w jakiś sposób zmieniło? A i owszem stałam się jeszcze bardziej basiorem, irokez mi urósł i nabrał ciekawego kolorku, blizny zamieniły się w dziwną mozaikę, a charakter pozostał taki sam, tylko pech poszedł sobie w siną dal. Żyć nie umierać. Ale jeszcze jedna ważna kwestia. Jak ich poznałam?
Otóż to! Przechodziłam właśnie przez skalną grań, gdy zaczęły osuwać się kamienie. Żaden mnie nie trafił, ja nie straciłam równowagi, włąsciwie nic się nie stało! Byłam w wielkim szoku. Ja i mój pech chyba wzięliśmy rozwód w tamtym momencie. Ciesząc się ze szczęścia postanowiłam zagłębić się w te tereny i zeszłam w dół w stronę rzeki w poszukiwaniu... ,,szczęścia''? Po paru godzinach w końcu znalazłam, a raczej ono mnie znalazło. Na brzegu lasu stał samotny wilk. Utkwił swoje ślepia we mnie i powoli okrężnym ruchem ruszył w moją stronę. Stałam tam nieruchomo. Wiedziałam, że nic mi nie zrobi, w końcu ożeniłam się ze szczęściem...

<Proszę, niech ktoś dokończy>

Fallen Angel- Wielkie Polowanie- sarna

Wypoczywałem sobie spokojnie nad brzegiem Morza Landermar. Wsłuchiwałem się w kojący szum fal i ciche skrzeczenie mew. Dostrzegłem, jak jeden z ptaków upolował sobie rybę. Nie zamierzałem tracić cennego czasu i udałem się również na łowy. W tym celu ruszyłem w kierunku lasu. Po pewnym czasie zwęszyłem trop stada saren. Z każdym krokiem ich zapach stawał się coraz bardziej intensywny. Już w pysku czułem smak sarniny. Aż oblizałem się na samą myśl o tej uczcie.
Wynurzyłem się zza zarośli i w oddali dostrzegłem kilka dobrych sztuk. Szybko, ale ostrożnie zacząłem zbliżać się ku ofierze. Poruszałem się na tyle cicho, że nawet polna mysz zachowuje się głośniej żerując wśród roślinności.
Nagle jedna z saren uniosła wysoko głowę i spojrzała się w moim kierunku. Nie dostrzegła mnie. Podszedłem jeszcze bliżej by wybrać odpowiedni cel. Dostrzegłem, że jedna z nich ma wielkie blizny na niemal całym ciele, więc pewnie zdołała uciec jakiemuś głodnemu wilkowi. Z moich łap jednak nie ucieknie.
Wyskoczyłem z ukrycia, gdy tylko sarna, która patrzała w moją stronę schyliła łeb. Zwierzyna jednak szybko zerwała się do ucieczki. Goniłem mój cel tak szybko, że wszystko co widziałem dookoła było rozmyte. Byłem coraz bliżej i bliżej swojego celu. Sarna często zmieniała kierunek biegu, ale to na mnie nie działało. Wyciągnąwszy łapę w jej kierunku, tylko ją zadrasnąłem, a ta się nie zraziła i uciekała dalej.
W pewnym momencie potknąłem się o wystający korzeń. Upadłem na ziemię i przetoczyłem się kilka metrów. Mimo to wstałem i kontynuowałem pościg. Nie zamierzałem darować sobie tej sarny. Ponownie ją dogoniłem, tylko tym razem rzuciłem się na nią od boku i powaliłem na ziemię. Wbiłem swoje kły w szyję ofiary. Ta jednak nadal wierzgała i wyrywała się. Puściłem ją dopiero wtedy gdy wydała z siebie ostatni wydech.


(opowiadanie zostało wysłane 29.07, przepraszamy za opóźnienie)

Skaza do Verony

- I jeszcze taka waleczna... U u u aa! - pisnąłem trzęsąc łopatkami, jakbym włożył łapy w lodowatą wodę. - Podoba mnie się. - dodałem szeptem do jej ucha. Zabrała łebek jak oparzona i warknęła groźniej niż dotychczas. W końcu skąd ma wiedzieć czego się po mnie spodziewać.
- Co tu robisz, mała, biedna, zbłąkana waderko?
Wilczyca stanęła dumnie i choć z jej oczu biła złość, odpowiedziała z opanowaniem:
- Zapewniam cię, że żadne z tych określeń do mnie nie pasuje. I dla twojego doba radziłabym ci się uspokoić.
- Och! Nie denerwuj się. Złość piękności szkodzi, a w twoim przypadku szkoda by było tyle zmarnować. - powiedziałem jednym tchem i puściłem do niej oczko.. - Ach, gdzież moje maniery? Skaza de Noir kłania się. - oznajmiłem i niemalże dotknąłem łbem ziemi. Wadera milczała jeszcze przez moment. Podniosłem się dopiero, gdy usłyszałem z jej pyszczka imię: Verona. Przedstawiwszy się zaczęła z gracją odchodzić w głąb lasu.
- Zostawiasz mnie? Nie odchodź! Nie chciałem cię w żaden sposób urazić! Wręcz przeciwnie, ślicznotko. Verona!
Ponieważ wilczyca nie reagowała na wołania, ruszyłem za nią.
- Skąd się tu wzięłaś? Simplicitas sancta. Nie rzekło mi żadne psisko, że mogę w tym lesie spotkać i takie zjawisko.

<Ver?>

Witamy!

Witamy w naszych szeregach pięć nowych wader: Viven, Chapter Additen, Satanicę, Myst oraz Hope!


Znów najwspanialsi i niezwyciężeni

Sprawa z kopiowaniem naszego bloga została już zamknięta. Autorzy http://wataha-wilczej-krwi.blogspot.com/ usunęli już większość skopiowanych z naszej watahy rzeczy. Tym samym zyskali nieco w naszych oczach. Mamy nadzieję, że od teraz wataha http://wataha-wilczej-krwi.blogspot.com/ będzie rozwijana, jednak tylko przez ich własne pomysły :)

Zostały również usunięte opowiadania skopiowane od członków naszej watahy.

Zespół WzSL chciałby też ogłosić, iż jeśli jeszcze ktokolwiek kopiuje nasze pomysły to zostanie odnaleziony i sprawa zostanie załatwiona bez względu na drastyczność środków.


Pozdrawiam,
Jigsav

wtorek, 29 lipca 2014

Skaza - Wielkie Polowanie - jednorożec

Jednorożec - wyjątkowo trudna do upolowania zwierzyna. Może nie tyle trudna do zabicia, co do znalezienia. Cały dzień spędziłem na włóczeniu się po lesie i przeszukiwania najgłębszych zakamarków lasu. Wieczorem, gdy zapadał zmrok, niemalże straciłem nadzieję na to, że owe stworzenie stanie na mojej drodze. Zmęczony, z pętlą na szyi naszykowaną na szyję jednorożca, zamierzałem już wracać do domu. W połowie drogi jakaś biała, jarząca się postać mignęła w oddali. Serce zabiło mi mocniej. Czy to właśnie moja upragniona rogata ofiara? Błagam, powiedzcie, że tak. Przyspieszyłem. Na moim pysku mimowolnie pojawił się szczery uśmiech. Zmieniwszy się w sowę leciałem nad głową potencjalnej ofiary. Musiałem odpowiednio wycelować, by po chwili zarzucić pętlę i przewiesić sznur przez gałąź. Usłyszałem rżenie. Sznur zacisnął się i powstrzymał oddech. Na przewieszonej przez gałąź grabu linie wierzgał biały rumak, wydając ostatnie tchnienia. Drugą stronę sznura oplatał swą trąbą słoń, by wierzchowiec nie spadł i nie poobijał się zbytnio. Język opuchł i wyszedł na zewnątrz pyska. Oczy nadęły się i sprawiały wrażenie, że lada moment pękną, brudząc wszystko wokół. Powróciłem do swojej normalnej postaci. Jednorożec z hukiem spadł na ziemię. Zdaje się, że połamał obie tylne nogi. Mniejsza. Ważne, że róg nie uległ uszkodzeniu. Podobno krew jednorożca daje nieśmiertelność. Koniecznie musiałem to sprawdzić. Wbiłem zęby w szyję i rozdarłem skórę i mięsko, by w wygodny sposób móc wypić jego krew. Była nad wyraz słodka i gorąca, zaś jej kolor w świetle księżyca wydawał się być srebrnym.

Skaza - Wielkie Polowanie - dzik

Wykopawszy sporych rozmiarów dół na wrzosowisku, wyruszyłem do lasu z nożem. Musiałem naszykować sporo ostro zakończonych, wytrzymałych pali. Co prawda las jest ojczyzną drewna, jednak mi były potrzebne tylko te twarde i jak najbardziej proste, a znalezienie takowych nie było prostym zadaniem.
Po nazbieraniu wybranych gałęzi i zaostrzeniu ich, zakopałem je w dole na szpic - ostrzem do góry. Gdy tylko jakiś nieuważny dzik wpadnie do dołu, nie będzie miał żadnych szans na przeżycie. Jego ciało zostanie przeszyte na wskroś w wielu miejscach. Zostało mi jedynie zamaskować pułapkę drobnymi gałązkami, aby po chwili znaleźć lochę lub knura, który posłuży mi zarówno jako obiad jak i wygraną. A może i podnóżek? To jeszcze przemyślę...
Nie musiałem długo szukać, by wreszcie znaleźć. Średniej wielkości samica ryła w ziemi pod dębem. Zapewne szukała smakołyków. Nie zwlekając, zacząłem odwracać jej uwagę. Na mój widok od razu rzuciła się do pościgu. Zapewne gdzieś w zaroślach musiały być ukryte młode, ale to mnie nie interesowało. Zacząłem biec w takim tempie, by locha była tuż za mną.
Będąc tuż przed zasadzką wykonałem długi skok, zaś dzik wpadł do dołu. Przeszyte ciało wykonywało jeszcze przez chwilę niekontrolowane ruchy i wierzgnięcia. Z paszczy wydobywał się tłumiony przez wydobywającą się z niej krew mój ulubiony dźwięk - dźwięk męk i cierpienia.

Jeśli kopiują Twojego bloga... To wiedz, że trzeba ich wypatroszyć i oskalpować, a z ich włosów zrobić szczotkę do kibla.

Właśnie odkryłem coś strasznego... Tak strasznego, że butelka Raima/Hubert'a właśnie przeżywa najstraszniejsze z najstraszniejszych możliwych tortur...
SKOPIOWANO NASZEGO BLOGA!
Wszystko oprócz wilków. Nawet trwający na naszym blogu event... Nawet questy nad którymi siedzieliśmy w pocie czoła...
Oto link do tej watahy: 

Zadziwiające podobieństwo do WzSL, nieprawdaż? Już zajmujemy się tym, aby administratorzy tegoż bloga usunęli skopiowane treści(czyli całego bloga).

Pozdrawiam,
Jigsav

Night Killer - Wielkie Polowanie - Zając

Stojąc na brzegu rwącego strumyka, wpatrywałem się w przezroczystą taflę wody. Uspokajający plusk sprawił, że nagle poczułem ogarniającą mnie ze wszystkich stron senność. Już miałem zapaść w krótką, jakże przyjemną drzemkę, gdy ukazał się przede mną szaro - bury, dorodny zając. Przekrzywiwszy łeb, spojrzałem na niego kątem oka. Nie czułem ani głodu, ani potrzeby ganiania za zającem, więc posłałem mu spojrzenie łaskawego kata, który postanawia darować zbrodniarzowi i znowu zamknąłem oczy. Zając jednak, siedział przede mną i jakby czekał, aż się na niego rzucę. "Zdumiewające, do prawdy zdumiewające" - Pomyślałem, i cicho warknąłem na zająca, mówiąc mu jakby: "Spadaj stąd". On jednak nie poszedł. Teraz, naprawdę mnie zdenerwował. Moja, jakże rozbudowana cierpliwość, też ma swoje granice. Przylgnąłem brzuchem do ziemi, wlepiając wzrok w zająca, który powolutku, po kila mm. oddalał się. Chyba już wiedział, że jego "niewinna" zabawa może skończyć się dla niego tragicznie. I tak właśnie się stało. Poderwałem się do biegu, a zając z trudem uniknął moich kłów. Prowadził pościg na równinę, jakby po to, żebym go łatwiej złapał. Okazało się, że to bardzo, ale to bardzo szybki zając. Nie zemną jednak te numery. Moje długie, chude łapy i doskonale wypracowane mięśnie, szybko podołały zadaniu. Złamanie karku zającowi nie trwało długo. Mięso jednak, nie było smaczne. Był to jakiś żylasty zając.. I po co, ach po co ja się z nim męczyłem?

Odchodzą, a my nie tęsknimy, bo byli posoleni :*

Julie, Nicole, Shredder, Leon, Hawkeye odeszli/zostali wydaleni z watahy.
Powodem jest decyzja właściciela oraz multikonto(3 konta na Howrse, 5 wilków :P). Tym samym nie może już dołączyć do watahy. Aczkolwiek zdarzyć się może, że założy kolejne 10 kont, ale my się tym nie przejmujemy (AVE AGATKA!) poznamy jej bardzo ambitne opowiadania :P

Pozdrawiam.
Jigsav

Od Verony - Wielkie Polowanie - Sarna

Verona postanowiła wybrać się do Szmaragdowego Lasu. Przy okazji miała nadzieję na śniadanie. Nagle usłyszała tupot racic i dźwięk charakterystyczny dla saren. Rozpromieniona potruchtała za tropem. Po jakimś czasie dotarła do dość dużej polany. Ujrzała tam dość duże stado saren i kilka jeleni. Verona wybrała ofiarę - drobną sarnę. Jej uwagę nieodwracalnie przykuła jednak walka dwóch łani. Jedna (taka tłusta, mmm) rąbnęła swoją przeciwniczkę głową w szyję. Rozwścieczony zwierzak ugryzł ją w ucho. Nagle odwróciła się i wymierzyła cios w pierś swojej przeciwniczki. Tamtej coś chrupnęło i ugięła się lekko. Dopiero wtedy interweniował gigantyczny jeleń, który rozdzielił wściekłe samice. Pierwsza miała uszkodzoną tylną nogę, zakrwawione ucho i prawdopodobnie pęknięte rzebra. Druga prychała wściekle. Verona zawyła bez namysłu. Zwierzęta zwróciły głowy w jej stronę. I zawyła po raz drugi. Sarny i jelenie zaczęły uciekać, a wadera rzuciła się na pierwszą uczestniczkę walki. Przewróciła ją i zbliżyła swój pysk w stronę jej gardła. Po chwili Verona poczuła jej ulubiony, metaliczny smak krwi. Uśmiechnięta zaczęła jeść.

(Opowiadanie wysłane 28, przepraszamy za opóźnienie)

Od Verony - Wielkie Polowanie - Lis

Była noc, wszystkie wilki z pewnością już spały. Do pewnej jaskini wiatr zawiał kilka liści. Verona drgnęła i obudziła się. Nikogo nie zauważyła, więc znów chciała zasnąć. Kiedy stwierdziła, że nic z tego podniosła się i wyszła z jaskini. Mocniejszy podmuch uderzył ją w pysk. Zmrużyła oczy i poszła dalej. Gdy weszła do lasu jej pusty brzuch dał o sobie znać. Westchnęła i zniżyła głowę. Przez chwilę czuła tylko zapach leśnej roślinności, ale sekundę później wyczuła jakiś smakowity aromat. Zadowolona pomknęła za nim. Po kwadransie dotarła do leśnej polany. Nagle przed oczami przemknęła jej ruda kita. To tylko potwierdziło, że jest to lis. Zwierzę skryło się w norze, nie zauważając jej. Powoli wyszła z kryjówki i zaczęła zbliżać się do lisa. Po drodze nadepnęła na suchą gałązkę, która złamała się z trzaskiem. Zwierzę odwróciło się w norze i pokazało łebek. Syknęło i błysnęło kłami. Ver odwdzięczyła się tym samym. Przestraszony lis chciał głębiej czmychnąć do swojego mieszkania. Na szczęście Verona chapnęła go w ogon i wyciągnęła z nory. Jej ofiara szarpała się i piszczała. Nagle drapnęła naszą bohaterkę w oko. Wadera zawyła z wściekłości. Rzuciła się na lisa i zagryzła. Powoli go pożerała i uśmiechała pod nosem.

(Opowiadanie wysłane 28, przepraszamy za opóźnienie)

Ver, zdecyduj się czy piszesz w 1 czy w 3 osobie ;) I pilnuj tego, bo oczy bolą :D
Pozdrawiam,
Jigsav

Agila - Wielkie Polowanie - lis

Nie ukrywam byłam głodna i poszukiwałam jedzenia. Słysząc na razie jeszcze ciche burczenie w brzuchu udałam się w stronę rzeki gdzie parę dni temu spotkałam się z białą waderą, przez co, albo dzięki czemu, dostałam się do watahy. Podążałam wzdłuż rzeki, lecz nie widziałam nic godnego uwagi. Zatrzymałam się na chwilę przy wodzie. Odbicie było takie jak zawsze, nie miałam czego podejrzewać. Zamoczyłam język w letniej wodzie i wzięłam parę łyków wody. Gdzieś w wodzie przemknęła ryba, ale nie miałam ochoty teraz ich łapać, ale uznałam że jak polowanie średnio mi pójdzie to wrócę do tego pomysłu. Przeszłam prze wodę i ruszyłam w bok od jej brzegu, prosto między jakieś krzaki. Starając się przechodzić jak najciszej nie mogłam wszystkiego zauważyć i ominąć i w końcu trzask łamanej gałązki obwieścił moją obecność. I nagle gdzieś z boku błysnęło coś rudego. Ruszyłam szybciej za rudą kitą, aż w końcu zaczęłam ją gonić. Zwierzę uciekało ile sił w nogach, jednakże błoto po ostatniej burzy stanowiło przeszkodę zgubną dla lisa. Rzuciłam się na leżącą zwierzynę ledwie słysząc jego błagalny pisk. Poczułam smak krwi ociekającej mi po pysku, a pisk się urwał, lis był martwy. Oblizałam się z uśmiechem - dostałam to co najbardziej chciałam.

(Opowiadanie wysłane 28, przepraszamy za opóźnienie)